20 maja 2013

Smacznie, zdrowo, kolorowo - warzywa na patelnię z migdałami

To nie jest wcale tak, że ja nie lubię gotować. Samo kucharzenie nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Ba, czasem nawet sprawia mi wielka frajdę i daje ogromną satysfakcją – zwłaszcza, kiedy gotuję dla innych. Przyjemność kończy się jednak tam, gdzie pojawia się problem i tak dobrze znane wszystkim pytanie: co na obiad?

Wymyślanie potraw to dla mnie prawdziwa zmora, zwłaszcza w dni powszednie, kiedy mam mało czasu i masę innych spraw na głowie, które zaprzątają moje myśli. Mój luby absolutnie nie ułatwia mi sprawy i zwykle gdy pytam, na co miałby dziś smaczek (staram się unikać słowa ochotę, bo jego konsekwencją są zwykle kosmate myśli) odpowiada, że zje wszystko, co mu podam i nie ma specjalnych życzeń. Próbowałam zrzucić na niego obowiązek decydowania o tym, co danego dnia znajdzie się na naszych talerzach, ale z marnym skutkiem. Prawdziwym wybawieniem w takich sytuacjach okazują się nieskomplikowane, szybkie dania, które są nie tylko smaczne, ale i zdrowe. Jednym z nich są tak dobrze znane wszystkim warzywa na patelnię, które odkryłam stosunkowo niedawno i bardzo przypadły mi do gustu. Biorąc pod uwagę, że od pewnego czasu mam nieprzeciętną ochotę na warzywa w każdej postaci, potrawa natychmiast znalazła miejsce w moim jadłospisie i zapewne na długo w nim pozostanie. Wersja tego posiłku jest o tyle ciekawa, że składnikiem nadającym mu nowego wymiaru smakowego stają się migdały lub słonecznik.



W tej wersji warzyw na patelnię użyłam słonecznika, ale zdecydowanie smaczniejsze są z migdałami. Co jeszcze znalazło się na moim talerzu? Brokuły, pieczarki, marchew i groszek, czyli wszystko to, co akurat znalazłam w lodówce. Danie ma wiele wariacji na temat i można śmiało eksperymentować z jego składnikami a co za tym idzie, nie znudzi się zbyt szybko naszym kubkom smakowym. Spróbujecie?

17 maja 2013

Pielęgnacja okolic oczu 20+

Ilość i różnorodność dostępnych na rynku kremów do pielęgnacji twarzy i okolic oczu jest naprawdę imponująca. Producenci, zabiegając o konsumenta, prześcigają się w tworzeniu coraz to nowszych specyfików, które mają sprawić, że nasza cera będzie nieskazitelnie piękna. Dniami i nocami pracują nad nowymi recepturami, formułami oraz pozyskiwaniem i zastosowaniem nowych składników. W dzisiejszym świecie kosmetycznym każdy – bez wyjątku – powinien znaleźć coś dla siebie. No właśnie powinien, ale czy rzeczywiście znajduje?

Źródło
Pomijając fakt, że składy większości powszechnie dostępnych kosmetyków pozostawiają wiele do życzenia a ich stosowanie może mieć destrukcyjny wpływ na nasze komórki i tym samym prowadzić do nieprzyjemnych w skutkach konsekwencji, wychodzę z założenia, że każdy z osobna powinien sam, mniej lub bardziej świadomie, decydować o tym, co jest dla niego odpowiednie i jakimi składnikami karmi swoją skórę. O ile na każdym produkcie, nie tylko kremie, znajdziemy informację o jego przeznaczeniu i zastosowaniu, o tyle producenci bardzo często zapominają lub świadomie nie umieszczają adnotacji dotyczącej optymalnej granicy wieku, w jakiej dany kosmetyk powinien znaleźć swoje zastosowanie. A przecież wbrew pozorom jest to bardzo ważna wskazówka ułatwiająca najkożystniejszy dobór kremu, dostosowanego nie tylko do indywidualnych problemów naszej cery, ale i metryki. Nie oznacza to jednak, że w dniu 25 urodzin powinniśmy natychmiast wyrzucić kosmetyk przeznaczony do pielęgnacji cery od 20 roku życia i bezzwłocznie zaopatrzyć się w produkt 25+. Nie popadajmy w skrajność i zachowajmy zdrowy rozsadek. Naturalną koleją rzeczy jest, że z wiekiem potrzeby naszej skóry nie tylko ulegają zmianie, ale i zwiększa się jej łaknienie na ilość (stężenie), jakość i rodzaj dostarczanych składników, dlatego krem do skóry suchej, który świetnie sprawdzi się u 18-latki, nie przyniesie pożądanych efektów w przypadku 35-latki.

Ponieważ wybór kremu spełniającego oba te kryteria, a wiec odpowiadającego zarówno wymogom wynikającym z problematyczności jak i stopnia dojrzałości cery, często jest dla mnie nie lada problem i dostarcza sporej dawki stresu, irytacji oraz zażenowania, postanowiłam nieco ułatwić sprawę sobie i przy okazji może również niektórym z Was. Na pierwszy ogień idą kremy pod oczy przeznaczone dla osób po 20 roku życia.


1.Eva Natura, Herbal Garden - wygładza zmarszczki mimiczne, zmniejsza oznaki zmęczenia skóry, ok. 8 zł 2.Ziaja, Sopot rozświetlanie - redukuje obrzęki, intensywnie rozjaśnia cienie i zapewnia jednolity koloryt, ok. 7,50 zł 3.SVR CHRONOLYS - nawilża, redukuje cienie i obrzęki, ok. 80 zł 4.Ziaja, Kozie Mleko - uelastycznia, tonizuje, do skóry suchej skłonnej do zmarszczek, ok. 6,50 zł 5.Yves Rocher, Hydra Vegetal - nawilża redukuje tzw. worki i cienie, ok. 30 zł, 6.VICHY, Hydrożel Aqualia Therlmal - wzmacnia, koi, zmniejsza cienie i opuchnięcia, ok. 70 zł 7.SEPHORA, Instant Depuffing - energetyzuje, rozświetla, redukuje obrzęk 8.Oriflame, Ecollagen Eye Cream - stymuluje produkcję kolagenu, wygładza, ok. 39 zł 9.SEPHORA, Age Defying Eye Care - odżywia, redukuje pierwsze zmarszczki, ok. 68 zł
e-fotek.pl - Twój hosting zdjęć

10.Lirene, Cera wrażliwa i alergiczna - odżywia, nawilża, łagodzi podrażnienia, ok. 20 zł 11.Iwostin, HYDRATIA fizjologiczny żel - skóra sucha, wrażliwa, odwodniona, ok. 38 zł 12.Lirene, Selected From Nature - nawilża, uelastycznia, ok. 20 zł 13.Eveline, Ogród Natury, Kozie Mleko - redukcja zmarszczek, obrzękow i oznak zmęczenia, ok. 9 zł, 14.Bielenda, Eco Care - likwiduje cienie i opuchliznę, wygładza, uelastycznia, ok. 25 zł 15.EUCERIN AQUAporin - nawilża, redukuje oznaki zmęczenia, ok. 44 zł 16.Dermika, Collactio - zmniejsza worki, sińce i objawy zmęczenia, poprawia koloryt, ok. 54 zł 17.DERMEDIC, EFFECTIVAL - odżywczy krem do skóry suchej i alergicznej, ok. 40 zł, 18.Clinique, All About Eyes - redukuje sińce pod oczami, opuchliznę oraz delikatne linie i zmarszczki, ok. 130 zł

14 maja 2013

Słońce na żądanie od p2

Kto powiedział, że pochmurny dzień nie może być słoneczny? Oczywiście, że może i jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi, jest realne. W takie dni jak ten, gdy pogoda nas nie rozpieszcza i na marne wypatruję choćby bladego promyka, niezdarnie przedzierającego się przez kłęby szarych chmur, zdawałoby się, że już nic nie będzie w stanie poprawić mojego nastroju i zaaplikować chociaż nikłej dawki energii. Ale skoro słońce nie przyszło do mnie, to dlaczego ja nie miałabym przyjść do słońca? Mimo, że jego ciepło nie rozgrzeje moich zmarzniętych kończyn a promienie nie będą delikatnie smagać po policzkach, to niewątpliwie będzie stanowić namiastkę jasnego, przyjemnego, radosnego blasku, którego tak tęsknie wyczekuję.

Wyrazisty, żywy, energiczny – taki jest „hug me!” z serii color VICTIM stworzony przez firmę p2. Optymistyczny, ciepły odcień żółci, który wbrew pozorom nie jest zarezerwowany tylko na czas letniego sezonu. Szybka, nieprzysparzająca problemów aplikacja, która do pełnego krycia wymaga dwóch warstw. Lakier schnie w przyzwoitym tempie, ale z pewnością nie „ultra szybko”- jak obiecuje producent - dlatego osoby w gorącej wodzie kąpane mogą być tym faktem lekko rozczarowane. Klasyczny, delikatnie spłaszczony, przycięty w linii prostej pędzelek. Moim zdaniem trochę za rzadki i za wąski, co wydłuża i nieznacznie komplikuje równomierne i precyzyjne malowanie a dodatkowo może brudzić skórki. Idealnym pędzelkiem byłby tu bezapelacyjnie ten, który został zastosowany w Essence z serii colour&go. 

Niestety, lakier po ok 4-5 użyciach zmienia konsystencję i zaczyna się powoli ciągnąć. Trwałość bez wspomagaczy jest naprawdę niezła, w moim przypadku gwarancja min. 4 dni bez odprysków - przy pełnych obrotach.
Pomimo tych kilku wad, które zdają się nie grać pierwszych skrzypiec, bardzo się lubimy. Kolor jest nieprzeciętnie wesoły, rezolutny i świeży. Każde spojrzenie na paznokcie, pokryte jego pigmentem, przyprawia mnie o niekontrolowany uśmiech i wyzwala porcję pozytywnych myśli. No i ta czarująca nazwa, która idealnie wpisuje się w jego atrybuty… aż chciałoby się powiedzieć: hug me!:)
 
Macie jakieś doświadczenia z kosmetykami marki p2? Jakie są Wasze wrażenia? Polecacie, czy nie macie jeszcze wyrobionego zdania?

12 maja 2013

Efekty sobotniej eskapady do Ikea

Ilekroć jestem w IKEA, zastanawiam się „po jasną, ciasną ja tu przyjechałam?”. Wczoraj było podobnie, ale tym razem z innego niż zwykle powodu.

Mój luby wspominał kilka tygodni temu, że chciałby wpaść do IKEA, bo dawno już nas tam nie widzieli – pi razy drzwi 2 lata – i tak też uczyniliśmy. Odrobinę podekscytowana tym, co mogę tam zastać po tak długiej nieobecności, oczyma wyobraźni robiłam już zakupy. O ile nie lubię mebli tej marki, ponieważ ich jakość i trwałość pozostawia wiele do życzenia, to już ich mieszkaniowe aranżacje wywołują we mnie dziwną falę fascynacji, olśnienia i oszołomienia. Imponują mi ich projekty - prostota ze szczyptą elegancji, ciepłe, przyjazne i do tego funkcjonalne. Często znajduję u nich ziarno inspiracji i wydawałoby się, oczywiste rozwiązania dla wnętrzarskich problemów.


Pomijając fakt, że miejsce to sieje spustoszenie w moim portfelu, z przykrością muszę stwierdzić, że jest nieprzeciętnie monotematyczne. Bez względu na to, jak częste są moje wizyty u szwedzkiego giganta, za każdym razem mam nieodparte ważnienie, że wszystko co mnie tam otacza, jest dokładnie tym samym co rok, dwa, trzy i cztery lata tumu. Oczywiście, zdaję sobie sprawę i rozumiem, że sklep nie jest w stanie regularnie wymieniać całego asortymentu i modyfikować aranżacji, ale na przestrzeni kilkudziesięciu miesięcy mogłoby się co nieco zmienić. Może się mylę i problem leży u podstaw mojej natury, jednak mimo wszystko fakt ten sprawia, że nieprzeciętnie nudzą i wręcz meczą mnie pobyty w tej sieci.



Sobotni wypad do IKEA był o tyle nieudany, że trafiliśmy na tak pożądaną przeze mnie transformację, w związku z czym sklep wyglądał jak jednostka będąca w trakcje likwidacji z min. 50% zniżką na wszystkie oferowane produkty – oczywiście redukcji cen nie było. Regały świeciły pustkami a to, co się zachowało było już przebrane, pomieszane lub „bezcenne”. Mimo wszystko, nie obyło się bez zakupów, ale dzięki temu były one bardzo skromne i przede wszystkim świadome.
A Wy jak oceniacie atrakcyjność, świeżość i innowacyjność w sieci IKEA? Jakie są Wasze spostrzeżenia i odczucia na tej płaszczyźnie? A może faktycznie bezpodstawnie się czepiam?